1874 - Mark Twain

Reklama Remingtona odwoływała się do Marka Twaina
źródło Mytypewriter.com

Maszynę do pisania do literatury wprowadził Mark Twain (Samuel Langhorne Clemens). W 1874 roku kupił maszynę Remingtona(model #2). Twain zawsze lubił nowości ze świata techniki - był jedną z pierwszych osób na świecie, która zainstalowała w swoim domu telefon.
Krąży opowieść, że pierwszą wystukaną powieścią świata były "Przygody Tomka Sawyera" (1874-76), lecz jak stwierdził znawca tematu Darryl Rehr Mark Twain na początku pisał na maszynie wyłącznie krótkie listy, dopiero "Życie na Missisipi" (1882) było pisane na Remingtonie.
Wspaniałe maksymy Twaina ("Rzucić palenie ? To łatwe. Robiłem to ze sto razy.", "Bóg stworzył człowieka, ponieważ rozczarował się małpą. Z dalszych eksperymentów zrezygnował.", "I didn't have time to write a short letter, so I wrote a long one instead.", "Wszyscy leżymy w rynsztoku lecz niektórzy patrzą w gwiazdy.", czy wreszie moja ulubiona: "Są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki.") były pisane piórem.

1920 - Christian Shad

Schreibmaschinenbild
Bibliotheque Litteraire Jacques Doucet

Jak wszyscy dadaiści tak i Christian Schad był wierny zasadzie, iż "cokolwiek artysta wypluje staje się dziełem sztuki". Schad tworzył w różnych technikach, nie unikał też eksperymentów możliwych dzięki nowym technologiom. I tak w 1920 roku powstał "Dadaistyczny portret Waltera Sernera - wykonany przy pomocy maszyny do pisania. Kolaż ten wykonany na kartce formatu 16 x 19 centymetrów jest własnością Paryskiej Bibliotheque Litteraire Jacques Doucet. W oryginale jest zatytułowany z niemiecką manierą łączenia słów "Schreibmaschinenbild".

1939 - Melchior Wańkowicz

Tak Melchior Wańkowicz opisuje w "Zielu na Kraterze" swoje rozstanie ze starszą córką we wrześniu 1939. W opisie nie zabrakło walizkowej maszyny Hermes Baby.

Hermes Baby z lat XXX
Zdjęcie dzięki uprzejmości Willa Daviesa

Rankiem Tili odwiozła mnie na szosę. Miała kłopoty ze źle podkutą klaczą. Te kłopoty górowały na dzisiaj, bo jutro jechała na służbę do szpitala polowego. Kiedy stanęliśmy na szosie, wydobyła z bryczki swoją ukochaną maszynkę do pisania - "Hermes Baby":
- Weż ją, tatusiu, może coś załobisz...
Wiedziała, że mam tylko sto złotych. Nacieplone jeszcze z dzieciństwa "ł" zawisło w powietrzu na pożegnanie. Wymachując blaszanką z benzyną, skusiłem jakiś przepełniony samochód. Uwiesiłem się. Pojechałem.
Okazje ciągle się rwały. Ludzie wszystko robili, by mnie pchnąć dalej. Ludzie nieznani i najbliżsi. Czytelnicy.(...) Nad głęboką rwącą wodę Dniestru, dochodzącą do piersi, wzniosłem wysoko rękę z maszynką do pisania. Na tej maszynce, ociekając wodą, pisałem w pociągu do Bukaresztu artykuł.

1946 - 55 lat z maszynami

O naprawie maszyn do pisania opowiedział reporterce "Gazety Wyborczej" Annie Krężlewicz Pan Tadeusz Kabziński, właścicel zakładu przy ulicy Okrzei 22 w Warszawie

Z usług Pana Kabzińskiego jeszcze nie korzystałem; ale chętnie usłyszę opinię od kogoś, kto korzystał lub skorzysta!

Uwaga: Przedruk za Gazeta Stołeczna - Supermarket, Piątek, 6.XII.2002.
Wszelkie prawa do poniższego tekstu są własnością Gazety Wyborczej i / lub Spółki Agora SA.

Tadeusz Kabziński miał 18 lat, gdy w 1946 r. trafił do małego zakładu naprawy maszyn do pisania Leonarda Bazylczuka. Wrócił do Warszawy z obozu pracy w Niemczech, miasto było zrujnowane. - Ojciec znał wielu rzemieślników, więc rodzina sobie wykombinowała, że mnie wyśle do roboty. Bali się, żebym się na ulicy nie bisurmanił - opowiada Kabziński. - To moja jedyna praca, nigdzie indziej w życiu nie pracowałem.
W pierwszych latach jego terminowania u Bazylczuka ul. Okrzei nazywała się Brukowa. Stało przy niej dużo drewnianych domów. Aż roiło się tu od zakładów rzemieślniczych. Cała ulica rozbrzmiewała odgłosami spawania, nitowania, kucia (można tu było kupić nawet topór rzeźniczy). Dość powiedzieć, że w podwórku kamienicy nr 24 swoje warsztaty miało 16 rzemieślników!
Teraz ze starej gwardii zostali tylko stolarz i zakład naprawy maszyn Kabzińskiego, który przejął w 1968 r. po śmierci starego Bazylczuka.
Kabziński spędził przy Okrzei 56 lat. Tymczasem ożenił się ("Trudno mi ocenić, czy to właściwa kobieta, przeżyliśmy ze sobą dopiero 50 lat"), urodziła mu się dwójka dzieci. Przez sześć dni w tygodniu (ostatnio przez pięć) dojeżdza do pracy z dolnego Mokotowa dwoma autobusami. Zakład otwiera punktualnie o 7.30, zamyka o 16. Zawsze pracuje w krawacie i marynarce: - Bez krawata czułbym się jak w negliżu - usprawiedliwia się.
Od 13 lat ma pomocnika. Każdego dnia razem pochylają się nad zdezelowanym blatem (od 1946r. niemal nic się w zakładzie nie zmieniło) i dłubią przy arytmometrach, liczarkach do banknotów, kalkulatorach z drukarkami... Jednak najbardziej lubią pracować przy starych maszynach do pisania, tych przedwojennych. - Stare maszyny mają duszę - podkreśla Kabziński.
Nie chce zdradzić, ile kosztuje naprawa maszyny. - Reperuję je, bo lubię. Gdyby klient miał mi zapłacić za poświęcony czas, toby się nie pozbierał z wydatkiem. Bo ja przy jednej maszynie nawet dwa tygodnie spędzam - mówi.
Czasem do jego zakładu trafiają maszyny zniszczone, zardzewiałe, ściągnięte ze strychów. Czyści się je ręcznie mosiężną szczotką i rozbiera na części. ( chyba w odwrotnej kolejności? - przyp. mój) Trzeba je wyregulować, skasować luzy, zasadzić klawisze - a każdy zasadza się inaczej, niektóre z nich wymagają też nitowania.
Oprócz maszyn do pisania pan Kabziński ma jeszcze jedną słabość - papierosy. Wypala trzy paczki dziennie, ale nie lubi się tym chwalić.


Uwaga: poszukuje kontaktu z osobami które naprawiały maszyny do pisania! Proszę o wiadomość
od osób, które chciałyby podzielić się swoimi wspomnieniami na ten temat.

1964 - Jan Brzechwa

Jana Brzechwę (Jana Lesmana) wszyscy pamiętamy z dzieciństwa: z Akademii Pana Kleksa, Kaczki Dziwaczki, Pana Dropsa (i jego trupy), Lenia czy Pytalskiego. . Brzechwa pisał nie tylko dla dzieci - przed wojną należał do grupy Skamandra, był adwokatem specjalizującym się w prawie autorskim. Pisywał też humoreski - poniżej fragmenty jednej z nich opisującej przeszkadzający poecie hałas wielkomiejskiej kamienicy:

Symfonia wielkomiejska (fragmenty)

Mieszkam w domu, który stanowi część czworoboku zamkniętego czterema ulicami. To kamienne pudło jest tak bajecznie akustyczne, że żadna z sal teatrainych nie dorasta mu nawet do pięt. Przez otwarte okna słyszę najpoufniejsze szepty moich sąsiadów. Budowniczowie opery mogliby się tutaj uczyć zasad akustyki.
Wewnątrz czworoboku znajduje się ogromny majdan. Jego przestrzeń wystarczyłaby Fordowi do nakręcenia Krzyżaków. Zresztą gdyby miała się tu rozegrać bitwa grunwaldzka, hałas nie byłby większy aniżeli ten, który towarzyszy normalnemu życiu mieszkańców naszego czworoboku. O trzeciej nad ranem rozlega się donośne pianie koguta. Dawniej było ich siedem. Piały od świtu do nocy i doprowadzały ludzi do białej gorączki. Teraz został tylko jeden. Do jednego nie można mieć pretensji. Taki sielski akcent w życiu wielkiego miasta ma nawet swoisty urok. Kogut jest samotny, toteż od czasu do czasu wychodzę na balkon i w miarę moich skromnych umiejętności odpowiadam mu wzajemnnym pianiem. Kogutowi także potrzebne są bodźce.
Obudzone gospodynie zabierają się żwawo do trzepania. Na dziedzińcu mamy cztery trzepaki, i ten kwartet stawia na nogi ospałych lokatorów. Gospodynie, jak widać, są niewierzące: nie wierzą w elektroluks. Nie można mieć do nich o to pretensji. Wiekowe zacofanie naszego kraju i tu znajduje swój wyraz.
[...] Tymczasem z innego okna rozlega się terkot karabinu maszynowego. To czyjeś wprawne ręce piszą na maszynie. I dziwna rzecz. Maszyny do pisania mają kogucie właściwości. Gdy zacznie terkotać jedna, po chwili odpowiada jej druga, potem trzecia.
Na połączonych podwórzach stacjonują cztery samochody i trzy motocykle, które teraz właśnie wkraczają na arenę. Warkot silników bierze udział w ogólnym koncercie.
Kilka radioodbiorników gra równocześnie, każdy nastawiony na inną stację.
Nie można mieć o to do nikogo pretensji. Zresztą ja także lubię słuchać radia.
W sieni domu, na parterze zainstalowany jest wspólny telefon. Lokatorów wzywa się do telefonu sposobem uproszczonym. Znaczy to, że woła się ich z dołu [...]

1971 - Francis Ford Coppola

Olivetti Lettera DeLuxe
zdjecie - Mr.Typewriter.com

Mario Puzo napisał Ojca chrzestnego pod przymusem. W 1964 roku po wydaniu The Fortunate Pilgrim zasugerowano mu, by rozwinął jeden z wątków powieści w którym główna bohaterka spotyka w Nowym Jorku włoską mafię. Puzo zgodził się, wziął zaliczkę i... pojechał odpoczywać do Europy.
Po kilku latach (sic!) czekania i płacenia zdesperowany wydawca zagroził procesem i wstrzymał dalsze wypłaty. Puzo zaczęła ścigać w kilku krajach policja za wystawianie czeków bez pokrycia. Zdesperowany wrócił do USA i zaczął pisać. I wydanie odniosło olbrzymi sukces komercyjny - ponad 100'000 egzemplarzy w twardej oprawie, podpisana umowa na wydanie paperback, sprzedane prawa do sfilmowania i wreszcie 60 milionów dolarów na koncie autora.
Również Francis Ford Coppola nie chciał reżyserować Ojca chrzestnego i zmusił go do tego prawnik Paramount Pictures zwracając uwagę na wszystkie kruczki w umowie, którą podpisał. Wreszcie samo studio obawiało się klapy i odradzało wytwórni kręcenie filmu gangsterskiego, gdyż od czasów Bonnie & Clyde nie przynosiły one zysków.
I tak - z ogólnej niechęci i przymusu powstało wielkie dzieło.
Francis Ford Coppola nad scenariuszem pracował na uroczej maszynie - przenośnej Olivetii Lettera w wersji DeLuxe. Prawdziwe cacko - srebrny chrom metalowych części i czarny winyl. I oczywiście niezawodna mechanika Olivetti.

1976 - Woody Allen

Słynny nowojorczyk pisywał na różnych maszynach. Oprócz elektrycznej (Smith-Corona) na zdjęciach widać go również ze ślicznym Remigtonem Portable i eksportową Olivetii.

"I jakże ja mogę wierzyc w boga, jeśli zaledwie w zeszłym tygodniu język wkręcił mi się w wałek elektrycznej maszyny do pisania? Trapią mnie wątpliwości. A jeśli to wszystko jest złudzeniem i nic nie istnieje? Gdyby tylko Bóg dał mi jakis wyrażny znak! Na przykład, deponując znaczną sumkę na moim koncie w banku szwajcarskim".

1979 - Janusz Anderman

Łucznik model 1002

A tak kontakty z maszynami wspomina znakomity publicysta Janusz Andermann

A był to rok nie 1979, lecz 1978. O roku ów, pełen konfiskat maszyn do pisania! Jackowi {Bierezinowi} zabrano nowiutkiego Łucznika, ponieważ "zachodziło podejrzenie", że pochodzi z "włamania do Kiosku Ruchu przy Obr. Stalingradu 122". Tomkowi Filipczakowi moją maszynę marki Maritsa 13, którą mu pożyczyłem w celu przepisania pracy magisterskiej, gdyż "zachodziło uzasadnione podejrzenie", iż maszyna "mogła pochodzić z przestępstwa". Eli Lewińskiej zarekwirowano maszynę marki Orga z uzasadnieniem: "Czynność prawna będąca przedmiotem niniejszego zatwierdzenia jest uzasadniona okolicznościami mającymi na celu ustalenie przesłanek wskazujących na fakt zaistnienia przestępstwa i koniecznością zabezpieczenia dowodów". Zabawne, prawda?
Choć dziś, w erze komputerów, trudno to zrozumieć, maszyny do pisania ze swą zdolnością do kopiowania słowa zdawały się być wówczas głównymi wrogami systemu. Prześladowane i więzione uzyskiwały rangę symbolu. Sam poświęciłem im dwa wiersze, w tym jeden właśnie maszynie do pisania marki Predom Łucznik 1301, niewiele się zresztą różniącej od maszyny do szycia tej samej firmy. Ba, cały tom nazwałem tytułem "Maszyna do pisania". (Myślałem, że to za sprawą tej metafory miłośnicy poezji błyskawicznie wykupili nakład. Niestety, później znajdowałem w księgarniach całe stosy moich książek, tyle, że w działach technicznych.) W tej walce reżimu z maszynami było jednak wówczas coś pięknego: kryła się za tym jakaś pierwotna wiara w moc sprawczą, kreacyjną słowa, w jego groźną potęgę.
A dziś? Co mają robić poeci, kiedy słowa tak strasznie skarlały? Odejść ze swymi maszynami?

1990 - Adam Krzemiński

Erika z DDR. Ulubiona maszyna opozycjonistów Europy Środkowej.

Upadek Muru Berlińskiego - największego symbolu podzielonej Europy i świata czcili chyba wszyscy. Gdy w Berlinie sprzątano jeszcze pozostałości po olbrzymim koncercie "The Wall" Rogera Watersa w położonej o kilka przecznic Akademii Sztuk Pięknych otwierano swoistą wystawę pamiątek po nieprawomyślnych. Tak pisał w swojej relacji z tej wystawy Adam Krzemiński:
"Są też grypsy z Gułagu, rękopisy wspomnień Nadieżdy Mandelsztam, karteczki z informacją pozostawioną dla córki w chwili aresztowania, bilety kolejowe kobiet, które jechały do więżniów na widzenie. I fotografie, maszynopisy oraz legendarna w kręgach dysydenckich w całym bloku wschodnim maszyna do pisania Erika, na której można było przez kalkę odbić aż 8 egzemplarzy przebitek."


1999 - Sheryl Oring

"Writer's Block" - zdjecie z
oficjalnej strony projektu

10 maja 1999, w 66 rocznicę palenia przez nazistów książek na berlińskim Bebelplatz została pierwszy raz pokazana instalacja Sheryl Oring "Writer's Block". Instalacja składa się z ponad 600 maszyn do pisania pochodzących z lat XX i XXX, zamkniętych w klatkach zrobionych z zardzewiałego drutu.
"Więżąc maszyny do pisania Oring zabiera pisarzom ich narzędzie. Symboliczny wymiar instalacji - cenzura skłania oglądających do przemyśleń na temat wolności słowa" - napisał krytyk.
Kolekcjonerzy maszyn mają bardzo różne opinie na temat tej ekspozycji. Mnie bardzo spodobała się poniższa:
"Mam bardzo mieszane odczucia na temat pracy Oring.
Rzeczywiście denerwuje mnie widok tych maszyn w klatkach, zwłaszcza, gdy przyjrzę się im bliżej i widzę kilka, które chciałabym mieć. Wkurza mnie, że są tak rzucone jedna na drugą, wiele z nich zostało poważnie uszkodzonych. Wkurza mnie też, to, że wiele maszyn porządanych przez kolekcjonerów zostało na zawsze wyłączonych z obiegu.
Ale to jest właśnie cel tej instalacji - zaszokować nas nonsensem tego, co mogą robić tak zwani "ludzie cywilizowani". Jeśli nie spojrzymy na nasze błędy, możemy popełnić je znowu.
Myślę, że w instalacji Oring nie ma nawet cienia profanacji i sądzę, że jeśli kiedyś ta instalacja zostanie zdemontowana wszystkie maszyny powinny zostać zniszczone. Tak, jak książki, tak jak Sześć Milionów ludzi. Nigdy więcej.[Nie wieder]"
Lynda Beckler
Jako ciekawostkę mogę dodać, iż w jednej z "klatek" znalazła się ulubiona maszyna nazistów - Gundka z klawiszem odbijającym litery "SS". Niechcący pomieszano maszyny oprawców z maszynami ofiar...

2002 - Jerzy Pluta

Optima z lat LX

Byłem przekonany, że pozostanę jej wierny do końca... Przed komputerem broniłem się nie tylko dlatego, że nie miałem drobnych na jego zakup; po prostu wszystkie nieco bardziej skomplikowane urządzenia mechaniczne mnie męczą, nie mam pojęcia jak działają itd. Niestety, zdradziłem ją ostatecznie w 2001 r., czasem sobie o niej przypominałem, ale tylko wtedy, gdy musiałem wypełnić przekaz bankowy, a teraz nawet tego nie robię (ręcznie szybciej!). Stoi pod biurkiem opuszczona, zakurzona, zasłużona emerytka, moja NRD-owska maszyna do pisania marki Optima, którą kupiłem w 1961 r. za 80 dolarów USA we wrocławskim oddziale Banku PeKaO (wtedy nie było jeszcze PEWEX-u). Służyła mi wiernie przez tyle lat, a teraz na marnej – ale jednak! – emeryturze, choć jeden ze znajomych radził mi, bym wyrzucił ją na złom. Na złom? A niby dlaczego? Jeszcze może mi się przydać, powtarzam bez przekonania. W maju 1999 r. poeta Aleksander Rozenfeld, gdy przeczytał w Gazecie Wyborczej, że redakcja zacofana, podarował mi komputer, używany dotąd przez jego syna. Oczywiście, zmodernizowałem później elektroniczną maszynę cyfrową (to polska nazwa komputera z lat 60.): dodałem jej pamięci RAM (teraz: 64 MB) i drugi dysk (20 GB), kupiłem głośniki, drukarkę, a w ub.r. skaner i nagrywarkę. Czego mi więcej trzeba? Nadal jestem w przedszkolu komputerowym, ale codziennie wychwalam komputer jako doskonałą maszynę do pisania (ktoś mi powiedział, że wykorzystuję jedynie ok. 5% jego możliwości). A minęło niewiele ponad sto lat panoszenia się maszyny do pisania i już odstawiamy ją na złom (nieliczne typy trafią do muzeum). A przecież komputer wymaga tyle uwagi (i delikatności!), że niekiedy chętnie wróciłbym do długopisu i ołówka, a najchętniej do wiecznego pióra ze złotą stalówką. Za późno, za późno, jestem już zarażony bakcylem... Ale dopóki będę miał siły, będę bronił mojej maszyny do pisania przed złomowaniem (co za okrutne słowo!): jak zasłużonemu koniowi i jej należy się spokojna starość.